piątek, 24 sierpnia 2012

Moje włosowe grzechy, czyli Ruda się spowiada ;)

No więc skoro już dzielnie walcze na tym blogu, to pora wyspowiadać się z moich grzechów, a przynajmniej z tych, które popełniłam przeciwko moim włosom.

                                            Źródło: kimono.pl
A więc zanim zostałam oficjalnie włosomaniaczką to:
1. Prostowałam włosy, chociaż w zasadzie proste włosy miałam, wywijały mi się jedynie końcówki, ale co tam, całe włosy smażyć trzeba było ;p
2. Biosilk czyli dużo za dużo alkoholu nie tylko na końcówki, ale na całe włosy, bo przecież miały ładnie się błyszczeć, a potem głupie pytania: tak dbam o moje włosy (no bo, aż biosilk używałam) a one takie suche :( Why???
3. Łamiące się końcówki, czyli miętoszenie końcówek w palcach i obojętne patrzenie, jak się sypią i co gorsza nic nie robienie w tym kierunku! I mało tego, wsówki, spanie w rozpuszczonych włosach, nie mało razy w mokrych.
4. Styling, czyli look musi być, a w ręce grzebień do tapirowania (o zgrozo!) i lakier do włosów, dużoooo lakieru, a czesem, a nawet często do kompletu lokówka :) żeby było weselej
5. Suszarka, na szczęście bardzo dawno temu ją sobie odpuściłam, ewentualnie chłodnym powietrzem suszyłam więc, akurat z tym nie było źle ;)
6. Rozjaśnianie i farbowanie- farbuję już od bardzo dawna, conajmniej od gimnazjum, ale wszystko było okej do póki nie postradałam rozumu, a dlategóż to bo z czarnych chiałam być blondynką (jak ja na to wpadłam nie wiem do dziś :P) no i na początku elegancko schodziłam pasemkami, potem wpadłam na pomysł, że skoro pasemka ładnie równo schodzą, to czemu nie od razu całość, no i wyszłam jak tęcza blond, rudy, brąz,  w gratisie totalny przesusz, włosy niemalże do łopatek poszły na ścięcie, w blondzie było mi nie do twarzy więc zafundowałam sobie brąz, w efekcie po jakimś czasie znowu byłam czarna, po 2 latach zrobiłam już sobie profesjonalną dekoloryzacje i zostałam oficjalnie ruda , farbuje nadal i z tego nie zrezygnuje, bo w rudym czuje sę rewelacynie, nie moja wina, że Bóg się pomylił i dał mi mysi kolor zamiast pięknej rudości ;)
ale teraz robię to z głową ;)
7. Głupota, czyli nieświadoma pielęgnacja, czytaj szampon styka :D, tudzież seryjni mordercy, czyli cała seria danej marki zapchana silikonami (podkreślam, że akurat mi silikony nie służą) zero suplementacji, czasem jakiś skrzyp w kapsułkach ot. Nawilżanie, tyle co czasem wyżej wspomniana odżywka. Cóż człowiek uczy się całe życie.

Ooo akurat wyszło 7, czy mam swoje 7  włosowych grzechów głownych. Bardzo żałuję za nie i pragnę się poprawić :D
Za pokutę mam teraz walkę z mało zdefiniowanymi, podniszczonym i maskrycznie wypadającymi włosami ( chociaż uważam, że to wypadanie to przesada, aż na taką pokutę nie zasłuzyłam). No, ale mam za swoje, teraz trzeba wziąć się za siebie, odpokutować i cieszyć się piękną sierścią.


A jakie były wasze najwiękze włosowe grzeszki? Jak sobie radzicie ze zwalczaniem ich skutków?

Ruda Szopa

28 komentarzy:

  1. U mnie największym grzechem była prostownica i zła pielęgnacja (a raczej jej totalny brak).Moje kłaki odpornością nie grzeszą,więc jeszcze parę miesięcy temu wyglądały strasznie...teraz jakoś już się trzymają :P Fajnie napisałaś ten post,bardzo ciekawie się go czyta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. gratuluję sukcesu w pielęgnacji ;) i powodzenia w dalszej :)
      no i bardzo dziękuję za miłę słowa ;*

      Usuń
  2. Prostowanie, palenie, suszenie gorącym nawiewem, końcówki sypiące się i moje palce bezwładnie bawiły się nimi i sama je sobie urywałam, nic sobie z tego nie robiłam, tapirowanie, lakierowanie, farbowanie co miesiąc (farbuję od 3 lat). Dobre jest chociaż to, że odżywkę stosowałam przy każdym myciu już od ho ho czasu. Teraz oczywiście wyżej wymienionych grzeszków nie popełniam :) Olejowanie, bogate maski, odzywki, delikatne szampony, odstawienie prostownicy (tylko od święta używana), suszenie z chłodnym nawiewem bądź pozostawienie do samodzielnego wyschnięcia. Końcówki mniej się łamią :) małymi kroczkami do przodu od dwoch miesięcy!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na szczęście z czasem idziemy po rozumek do głowy :)

      Usuń
  3. o nieeee tylko nie prostowanie;D mój największy grzech to chyba silikony, wciąż mam taką odżywkę, która jest jedną wielką tykającą bombą, wciąż ją wykończam do golenia nóg:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dobrze, że ma jakieś inne zastosowanie ;)

      Usuń
  4. Moje największe przewinienie to ciągłe wiązanie włosów w ciasny kucyk albo bardzo wysoki koczek, bo "przecież to wygodne, a poza tym nie mam czasu na układanie fryzur". Kajam się, straciłam w ten sposób połowę włosów.

    OdpowiedzUsuń
  5. moim najgroszym grzechem było prostowanie włosów tandetną prostownicą przez rok, nie zabezpieczając ich przed gorącem :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zapewne robiłaś to nieświadomie, ja kiedyś nie miałam pojęcia że wogóle jakkolwiek można zabezpieczyć włosy przed gorącem

      Usuń
  6. U mnie największym grzechem było patrzenie obojętnie na zniszczone końcówki, nie zabepieczanie i ciągłe farbowanie całych włosów;(

    OdpowiedzUsuń
  7. faktycznie, że też siedem Ci tych grzechów wyszło:D Ja podobnie jak ty pokutuję... choć wciąż łudzę się, że jak zrównam wszystkie włosy z cieniowania to będą lśniącą taflą:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cóż mamy za swoje, ale jesteśmy dzielne ;)

      Usuń
  8. mój największy grzech to rozjaśnienie włosów z ciemnego brązu do prawie platynowego blondu ;( co gorsze proces ten trwał 3 dni!

    OdpowiedzUsuń
  9. U mnie największym grzechem było farbowanie i nie dbanie o moje włosy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pielęgnacja każdej z nas kiedyś kulała

      Usuń
  10. Moje grzeszki mniej więcej takie same, poza farbowaniem :) Głowa do góry, będzie coraz lepiej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jestem jak najbardziej pozytywnie nastawiona :)
      dziękuje ;*

      Usuń
  11. u mnie najgorszym chyba grzechem było prostowanie, tak samo, jak u Ciebie całych włosów, podczas gdy zawijały się końcówki. :/

    OdpowiedzUsuń
  12. moim najwiekszym grzechem było farbowanie wlosów, filetowym , napuchniętym rozjasniaczem. Kolezanka uczyla sie na fryzjerke, rozrabiala rozjasniacz, on jej rósł w słoiku, a potem,lub na nastepny dzien, nakladala mi go na glowe, malo tego prostownica towarzyszyla mi 8lat, dzien w dzien. dziekuje, ze zostaly mi na glowie jakiekolwiek wlosy... teraz probuje je reaktywowac...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. auć! w takim razie mocno trzymam kciuki za reaktywacje!

      Usuń
  13. u mnie podobnie - prostownica, prostownica prostownica. plus zero zabezpieczen hahaha i farbowanie w bardzo mlodym wieku, nie wiadomo po co w zasadzie. no wiec wlosy przetrzymalam az "odrosna" moje i mam dlugie i wszystkie "moje" a po protownicy jakos wyszlam na hmmm prostą :)
    pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. farbowanie :( plus też trochę tapiruję, żeby nie były takie oklapnięte, eh

    OdpowiedzUsuń

Za każdy dziękuję
Z każdego się cieszę
Nawet jeśli jesteśś anonimem, podpisz się ;)